Wycieczka w masywie Monte Rosy

23 listopada 2009

Monte Rosa wznosi swój najwyższy wierzchołek zwany Dufour Spitze na wysokość 4634 mnpm, w Alpach Penińskich, na granicy włosko – francuskiej. Jest zatem drugim szczytem Europy pod względem wysokości. Jako, że wybierałem się do przyjaciół we Włoszech, w sąsiedniej dolinie Antrona, zacząłem zastanawiać się nad możliwością wejścia na M. Rosę. Nie posiadałem żadnych przewodników po tamtym rejonie, ani opisów dróg, mimo to podjąłem ryzyko targania ze sobą kupy sprzętu, który mógł się wcale nie przydać. Biorąc pod uwagę solowo – eksploracyjny charakter „wyprawy”, oraz to , że wyjeżdżałem pod koniec października prawdopodobieństwo porażki było spore. Nie zabierałem ze sobą liny – było to ponad możliwości moich dwóch plecaków i moje. Postanowiłem poruszać się jedynie względnie łatwym terenem, który pozwoli na zejście tą sama drogą.

Sposobność nadarzyła się wkrótce po moim przyjeździe do Włoch. Spakowałem sprzęt biwakowy, wspinaczkowy, 2 chińskie zupy, 2 czekolady, paczkę kandyzowanych śliwek i fotoaparat Zenit. Wyruszyłem z osady Cheggio około południa, 31 października. Pogoda była dobra.  Tego dnia nie udało mi się dotrzeć do sąsiedniej doliny Anzasca. Nie trafiłem na szlak i brnąc przez chaszcze, a później korytem potoku, zgubiłem mapę, którą kupiłem za 10 tys. lirów. Miałem na szczęście drugą, wojskową, szwajcarską. Kiedy zastanawiałem się, w którą stronę udać się dalej z opuszczonej kopalni złota Alpi Trivera, była ok. 17. Później znowu trochę błądziłem i ok. 21 dotarłem na przełęcz Cianghin (2218), gdzie rozbiłem namiot. Topiąc śnieg na herbatę, podziwiałem rozgwieżdżone niebo i światła wiosek w dole po obu stronach grani. Moja ekstremalna irytacja (nazwałbym to prościej) z powodu straconej połowy dnia, mijała wobec piękna krajobrazu i komfortu samotności.

Monte Rosa

Nazajutrz oglądałem wschód słońca, który zapierał dech w piersiach. Po obfotografowaniu zjawiska, zacząłem schodzić. Niestety w drodze do Valle Anzasca, niemiła sytuacja z powszedniego dnia powtórzyła się. Prowadziłem w dół direttissimy dziewiczymi trawami (jeśli pominąć kozie bobki) czasami w bardzo stromym terenie, mijając opustoszałe ‚bacówki” z kamienia. Kijki oddały mi tu nieocenione przysługi.

O tym, że złażenie po prawie pionowych chęchach może przysporzyć silnych emocji, przekonałem się, kiedy wyważony ciężarem plecaka, wyjechałem z czujnych chwytów na wystającej tu i ówdzie, spod bujnej roślinności skale. Wystraszony znalazłem się nieco niżej na pochyłej płycie, spojrzałem na następny przystanek jakieś 80 m. w dół, w kolczastych krzakach i uschniętych pokrzywach. Trudno powiedzieć, dlaczego nie znalazłem się tam, razem z tym cholernym plecakiem. Przygoda ta kosztowała mnie utratę grubej warstwy skóry na dwóch palcach, która nie wytrzymała konfrontacji z ostrym granitem i ciężarem. Dokuczało mi to później, szczególnie po zgubieniu rękawiczki.

Kiedy w końcu dostałem się na szlak, wszystko poszło jak z płatka. Po około dwóch godzinach szybkiego marszu byłem w dolinie, w Ponte Grande. Wypiłem piwo, zjadłem loda i batona, złapałem stopa do Pecetto, ostatniej miejscowości w dolinie. Tu zjadłem w restauracji spagetti (5400 l.) i wypiłem kawę oraz zrobiłem zapas 3 snikersów. Niestety, nie mogłem powiadomić znajomych, że mój pobyt w górach się przedłuży, ponieważ ich numer telefonu miałem zapisany na zgubionej mapie. Pogoda była dobra, więc nie zamierzałem tak szybko rezygnować. Wg prognozy miała utrzymać się jeszcze przez 1-2 dni.

Nareszcie mogłem przyjrzeć się z bliska górom i lodowcom. Zorientowałem się nieco wg mapy, tablicy z opisem panoramy i tego, co widziałem na własne oczy. Zdecydowałem się próbować wejść na Jagerhorn (jest tam bivacco) i zobaczyć co dalej. Kiedy przetrawersowałem jęzor lodowca, minąłem Bivacco Belloni i podszedłem pod Jagerrucken, (wybitny filar Jagerhornu) robiło się już ciemno. Filar wydawał się być do przejścia bez trudnego wspinania. Postanowiłem dostać się na jego ostrze grzędą od lewej strony. Pod nią rozbiłem namiot na wys. Ok. 2600, wypiłem herbatę i położyłem się spać.

Jagerhorn

Obudziłem się o 1, zjadłem coś i zacząłem się pakować. Wziąłem, (oprócz dziab i raków oczywiście, karimat, płachtę biwakową, palnik, uprząż, karabinek zakręcany, kask, 2 pętle i kilogramowy aparat zenit. Namiot i śpiwór zostawiłem na dole. Ok. 2 zacząłem się wspinać się w świetle gwiazd i czołówki. Od czasu do czasu rozlegały się trzaski lodowca i dudnienie lawin. Doszedłem grzędą do ostrza filara i w związku z rozległością i nieewidentnym ukształtowaniu terenu, zostawiłem w tym punkcie kopczyk kamieni. Wszedłem w miejscu, które z dołu wyglądało jak duża połać śniegu, a okazało się odgałęzieniem lodowca. Niestety, nie mogłem dalej znaleźć drogi w górę, którą na pewno potrafił bym zejść z powrotem. Myślałem o wycofie, lecz postanowiłem zaczekać do świtu. Przypętliłem się do jakiegoś kamienia i zdrzemnąłem godzinkę, budzony gwałtownymi odruchami nóg lub opadającej głowy.

Było prawie jasno, kiedy znalazłem przejście i zacząłem ponownie piąć się w górę. Napawałem się pięknym widokiem i starałem się wypatrzyć śmigło krążące gdzieś nad doliną. Świeciło słońce i w pewnym momencie szedłem w krótkim rękawku. Jednakże w cieniu nagie palce przyklejały się do zimnej skały, co przypominało mi, że jestem wysoko. Zacząłem odczuwać znudzenie, później okrutne zmęczenie. Zastanawiałem się, czy to wpływ wysokości, sześciu godzin snu przez ostatni tydzień, czterech dni łupania granitowych płyt pięciokilowym młotem, czy też dostarczania mojemu organizmowi zbyt małej ilości paliwa. Sądzę, że wszystko na raz.

Na grań wszedłem w okolicy przełęczy Jager, nieco na lewo od szczytu, ok. godz. 13. Na ścianach czterotysięczników wisiały lodowce. Próbowałem doczekać, aż zagotuje się woda na herbatę i przyglądałem się Monte Rosie. Na wprost grań wyostrzyła się gwałtownie i stawała dęba jak skalny filar ” bez asekuracji nie ma co” – pomyślałem. Przez lodowiec po szwajcarskiej stronie trzeba kawał obejść i też nie wiadomo, czy da się radę bez liny. Wszedłem do Bivacco Citta di Gallarate, przypętlonego stalowymi linami przy wierzchołku Jagerhornu (3970). Zaparzyłem znalezioną tu cappucino i herbatę i zastanawiałem się co dalej. Czasu nie było za wiele. Jutro pogoda mogła się załamać, już teraz widać było nadciągające od horyzontu chmury. Biwak kusił przytulnym schronieniem. Było tu 9 prycz, trochę stałych zapasów palnik, gaz, garnki, apteczka, świeczki, koce, 80 m edelrida, książka pamiątkowa. A jednak postanowiłem schodzić. Przespacerowałem się jeszcze po grani, by przyjrzeć się drodze zejściowej i znalazłem możliwość krótszego zejścia częścią drogi.. Tak też zrobiłem, szybko obniżając się źlebem. Widziałem stąd błyszczący prostopadłościan biwaku Osserzatorio Regina Margherita, położonego najwyżej w Europie – 4559 mnpm.

Na odgałęzienie lodowca doszedłem kiedy robiło się ciemno. Zdjąłem po tym odcinku raki, jednak kamienie pokryte były lodem i musiałem ubrać je z powrotem. Dziękowałem sam sobie za pozostawienie kopczyka w miejscu, gdzie należało skręcić z filara, inaczej chyba bym go nie znalazł. Kluczyłem po rozległej grzędzie, którą schodziło kilka depresji, gubiąc co jakiś czas i odnajdując własne ślady. Na stromych płytach przysypanych śniegiem potknąłem się i zacząłem zjeżdżać w dół. Zatrzymałem się po jakiś 6 metrach. Do końca płyt i czarnej czeluści zostały jeszcze ze 3 metry. Na piarg dotarłem około 21 i błądziłem godzinę w poszukiwaniu namiotu. Rano gdy rozchyliłem wejście namiotu, mocno się zdziwiłem. Widoczność wynosiła niecałe 10 metrów. Jeszcze raz podziękowałem sobie za to, że nie przyszło mi do głowy zostać na górze. Raczej nie trafiłbym na dół. Tymczasem zaczął padać deszcz ze śniegiem. Kierując się trochę pamięcią, a trochę instynktem, szczęśliwie dotarłem do znaczonego szlaku i dalej, jak przystało na prawdziwego turystę, inną drogą niż podejściową do Pecetto.

W miasteczku zatrzymała się obok mnie biała furgonetka i facet ze środka zapytał: Polacco? Po moim: Si, wytłumaczył mi po włosku (którego nie znam), że jest ze służby górskiej i że mnie szukali. Zaniepokojeni moją długą nieobecnością, znajomi zadzwonili do żandarmów. Ten śmigłowiec, który słyszałem, latał dla mnie ! Udałem się z ratownikiem na posterunek żandarmerii i sprawa została wyjaśniona, a ja ruszyłem do najbliższego „alimentari” po coś do jedzenia i picia. W drodze powrotnej kombinowałem, jak następnym razem próbować na Monte Rosa z odległej doliny Ualgrande lub od strony szwajcarskiej …

Maciej Hołub

Dodaj komentarz