Jambo Muzungo – czyli jak się masz cudzoziemcze

29 grudnia 1995

Tanzania powstała w 1964 roku z połączenia Tanganiki, byłego terytorium powierniczego pod administracją brytyjską, z Zanzibarem i Pembą byłym protektoratem brytyjskim.

Większą część obszaru Tanganiki położonej w Afryce Wschodniej nad Oceanem Indyjskim zajmuje rozległa, wyrównana wyżyna opadająca rogiem w kierunku nadbrzeżnej niziny. Zapadliska tektoniczne przecinają płaskowyż z północy na południe. Na krawędzi zapadlisk wznoszą się masywy wulkaniczne, z których Kilimandżaro (5895 m npm) stanowi najwyższy punkt całego kontynentu afrykańskiego.

Tanzania odznacza się klimatem gorącym. W krajobrazie dominuje sawanna z drzewami akacjowymi i malownicze parki narodowe Serengeti i Ngorongora. Ludność Tanzanii składa się w 98% z plemion afrykańskich należących przeważnie do grupy językowej bantu. Wśród ludności białej najliczniejszą grupą stanowią Arabowie i Hindusi. W 1992 r. Po 31 latach rządów Partii Rewolucyjnej Chama Cha Mapinduzi w Tanzanii zdecydowano się na wielopartyjność. Wolne wybory przeprowadzono 19.X.95 r. I okazały się one kompromitacją władzy: brakowało kart, wiele lokali nie otwarto, żądano unieważnienia wyborów.

KILIMANDŻARO

Z punku widzenia alpinistycznego i wyczynu sportowego jest to bardzo łatwa góra, jedynie wysokość 5895 m npm niektórym dotarcie na sam wierzchołek. Pierwszym zdobywcą Kilimandżaro był Hans Meyer (1858 – 1929) w 1889 r. Pierwszy Polak – Antoni Jakubski (1885 – 1962) stanął na szczycie 13.III. 1910 r.

Po trudach przygotowań nareszcie zaczyna się to co lubimy najbardziej – przygoda. Przygoda z Afryką i jej najwyższym szczytem Kilimandżaro Naszą podróż zaczynamy od stolicy Tanzanii – Der es Salaam. Życie tej afrykańskiej aglomeracji toczy się na ulicy. Ludzie tu jedzą posiłki, handlują a nawet śpią Zewsząd otaczają nas różni „managerowie” proponując safari, hotele, marihuanę i inne atrakcje (chociaż bardziej nachalni są taksówkarze w Warszawie). Spędzamy tropikalną noc w jednym z najtańszych hoteli, której ciszę zakłóca warkot dużego leniwie kręcącego się wentylatora zawieszonego pod sufitem oraz od czasu do czasu za oknem czyli moskitierą rozlegające się modły islamskich kapłanów. Oprócz wyznawców muzułmańskich, są również chrześcijanie i rastamani. Następnego dnia skoro świt ruszamy autokarem w stronę Moshi – miejscowości położonej najbliżej Kilimandżaro. Sama jazda autokarem to wielka atrakcja trudna do opisania, to po prostu trzeba przeżyć. Jedziemy przez krainę Masajów, mijając sporadycznie kilku z nich. Ich wypasujące się bydło zagradza czasami drogę, którą podążamy. Po pokonaniu około 600 km następny etap to Marango wioska leżąca u stóp góry. Tam wynajmujemy pokój, który jest bazą naszej dalszej działalności górskiej. Tutaj dowiadujemy się, że galopująca inflacja zżerająca dochody państwa jest powodem wzrostu opłaty za samo pozwolenie przekroczenia bramy Narodowego Parku Kilimandżaro. Rezygnując z tragarzy i kucharza, opłacając jedynie obowiązkowego przewodnika + pozwolenie, nadal pozostaje dla nas astronomiczna cena 310 USD na osobę. Rozważamy już nawet czy przypadkiem nie zrezygnować na rzecz podróży po Kenii i Zambii. Jednak chęć zdobycia dachu Afryki wygrywa i z bólem płacimy.

Przepakowujemy bagaże, bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jedzenie na cztery dni działalności. Nazajutrz przyjeżdża po nas nasz przewodnik Jasper. Ładujemy plecaki na starego Land Rovera i jedziemy. Pod bramą Parku Narodowego, zarzucamy „worki” na plecy i podążamy w górę do Mandara Hut (2750 m npm). Droga prowadzi przez afrykański las równikowy podobny jaki ogląda się na filmach typu „Indiana Jones”. Obca nam przyroda fascynuje nas swoją urodą, bogactwem barw i różnego rodzaju odcieniami zieleni. Obozowisko Mandara Hut osiągamy wczesnym popołudniem Odpoczywamy trochę, robimy coś do zjedzenia i ruszamy oglądać Maranga Center. Następny dzień to droga do Horombo Hut (3700 m npm).Ta trasa biegnie przez sawannę. Jest już mniej cienia i słońce, które świeci tutaj pionowo daje nam nieźle w kość. Podziwiamy otaczające nas wspaniałe widoki i pniemy się do góry. Na wysokości 3700 m npm. Klimat jest już bardziej ostry. Bardziej przyjazny dla Europejczyka, chociaż chowamy się w cień unikając słońca.

Dzień trzeci to zdobycie wysokości 4750 m npm. Czyli dotarcie do Kibo Hut. Tym razem roślinność już zanika a nasza droga biegnie przez pylasty wulkaniczny płaskowyż Tutaj jak na dłoni widzimy piękny Manwezi i oczywiście Kilimandżaro. Droga jest straszliwie monotonna, a krajobraz trochę księżycowy. Zakładamy ciepłą odzież, bo przenikliwy wiatr sprawia, że robi się chłodno. Kibo Hut to już prawie wysokość europejskiego MT. Blanc więc odczuwamy wpływ wysokości. Z lekkim bólem głowy, trochę niespokojni bo  jutro (13 grudzień) kładziemy się spać. Przed decydującym atakiem wstajemy równo o północy. Zabieramy ze sobą tylko aparaty fotograficzne, kijki teleskopowe, trochę picia i jedzenia.

Ruszamy o 24.30 , ból głowy ustąpił, czujemy się wspaniale. Wolnym tempem poruszamy się sukcesywnie do góry. Latarki czołówki są zbędne, księżyc i gwiazdy świecą tak silnie, że widoczność jest dobra. Jedyny problem to nasz przewodnik. Coraz więcej odpoczywa odczuwając wpływ wysokości. Osiągając grań na wysokości 5300 m npm. Jasper niestety rezygnuje z dalszej wspinaczki. Dalej idziemy już sami. Czujemy się zmęczeni, lecz wiemy, że Uhuru Pik to kwestia paru kroków. Im bliżej szczytu tym bardziej wzrasta poczucie zadowolenia. Najwyższy punkt Afryki Uhuru Pik osiągamy 13.12.95 r. o brzasku słońca.

Na zrobienie pierwszych zdjęć musimy jednak czekać pół godziny. Szczęśliwi podziwiamy otaczającą nas panoramę nad nami przecież nic nie ma. Robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy w dół. Przed nami do pokonania cały dotychczasowy dystans. Odpoczywamy w Kibo Hut i po 16 godzinach ze straszliwie obtartymi stopami docieramy do bramy Parku. Po trudach wspinaczki udaliśmy się na wyspę ZAZIBAR. Gdzie dotarliśmy na jej północne wybrzeże, tam rozbiliśmy nasz namiot pod palmami obok murzyńskich wiosek rybackich nad samym Oceanem Indyjskim. Jak dowiedzieliśmy się nie było tu jeszcze żadengo Polaka. Miejsce to zwane po angielsku paradaise było naprawdę rajem.

Na szczycie Kilimandżaro

Szczególne podziękowania dla Maji Erdmann i Macieja Kamińskiego z Gazety Pomorskiej oraz Janusza Siwka i Przemasa.

Dodaj komentarz