Gasherbrum II – cz. 2

19 sierpnia 2011

Bydgoska wyprawa na Gasherbrum II 2011 część II

Dzień 25. – 11.07.2011, poniedziałek.

Wychodzimy o 2.30, jest pochmurno, ale nie pada. Mimo lekkiego plecaka (może 12 kg) idę powoli, jestem jakiś słaby. Dopiero o 6.30 jesteśmy na końcu Ice Fallu. Dogania nas Ania. Wreszcie czuje się dobrze i postanawia iść z nami do jedynki. Jemy drugie śniadanie, wiążemy się liną i przed 7 ruszamy na Lodowiec Gasherbrum. Zbieram się w sobie i staram się iść jak najszybciej. Po kilku godzinach walki, gdy dochodzimy do plateau, na którym leży obóz pierwszy, nadchodzi najgorsze. Zaczynają mi się problemy żołądkowe, a do tego wychodzi piękne słońce. Co kwadrans muszę się zatrzymać, a oni muszą na mnie czekać w najgorszym upale. Do obozu z mojej winy docieramy dopiero po 15. Wszyscy są wykończeni, głównie niemiłosiernie piekącym słońcem. Do 18.30 gotujemy picie ze śniegu. Jacek, Ola i Masza czekali w dwójce cały dzień, by wytopił się śnieg na ścianie. Po południu postanawiają jednak nie zjeżdżać do jedynki. Jeśli wstaną o 4, powinni jutro bez problemu zejść do samej bazy. Zasypiamy wcześnie, mimo że przez moją chorobę pewnie jutro nie pójdziemy na ścianę.

Dzień 26. – 12.07.2011, wtorek.

Wstajemy wcześnie, koło 7. Słońce zaczyna już ogrzewać namiot. O 7.30 wyciągam karimatę przed namiot i zaczynam gotować napoje. Później będzie za gorąco, by wyjść na zewnątrz (mam w pamięci jak w zeszłym tygodniu poparzyłem sobie tu twarz i usta). Zauważamy zjeżdżające z dwójki trzy osoby. Może to nasi. O 8.30 Jacek, Ola i Masza są już w obozie. Bardzo cieszą się na nasz widok i od razu zabierają się do jedzenia. Trzy dni temu skończyło im się jedzenie. Krótkie przepakowywanie i pośpiesznie ruszają w dół do bazy, gdyż w południe szczeliny na Lodowcu Gasherbrum stają się bardzo niebezpieczne, a z jedynki do bazy jest 10 km zejścia. O 10 wyciągamy puchowe śpiwory na dach namiotu (puch równie dobrze izoluje od ciepła jak od zimna) i otwieramy oba wejścia, bo upał staje się nie do wytrzymania. Sjesta trwa do 15.40. Budzi nas pewien Francuz i informuje, że kilometr przed obozem do szczeliny wpadł młody chłopak z wyprawy irańskiej. Pośpiesznie zbieramy się i wychodzimy chwilę po Francuzach i Włochach. Anię proszę, by została w obozie i gotowała coś do picia. Po 25 minutach jesteśmy na miejscu. Okazuje się, że wpadł dosyć płytko, około 10 m i nic mu nie jest. Nas jest ośmioro więc po kilku minutach chłopak jest na powierzchni. Młody Brytyjczyk jest bardzo zmarznięty (spędził w szczelinie półtorej godziny) więc daję mu swoje softshelowe rękawiczki (prezent od mojej kochanej Ani). Niestety słońce po chwili chowa się za potężną sylwetkę Gasherbruma V i robi się chłodno. By wyciągnąć plecak ze szczeliny (niestety spadł 30 m) opuszczamy do niej Enzę, filigranową, odważną Włoszkę. Mimo że waży ona zaledwie 45 kg, wyciągnięcie plecaka, a potem jej trwa prawie godzinę. Gdy wracamy do obozu, w twarze zaczyna wiać zimny pn.-wsch. wiatr z Tybetu. Z jednej strony to dobrze, bo oznacza to wyż i suche powietrze, ale z drugiej strony minęła 18.30 i robi się piekielnie zimno. Znów przemrażam sobie palce obu rąk, znów trzeba je pół godziny rozcierać. Gdy docieramy do obozu, Ania ma ciepłą herbatę. Częstujemy Francuzów, Włochów i pośpiesznie uciekamy do śpiworów spać. Jutro mamy wreszcie dobrać się do ściany.

Dzień 27. – 13.07.201, środa.

Wstajemy o 4.30. Jest -17 st. więc znów przemrażam palce dłoni (chyba z piąty raz). Do ściany jest pół godziny drogi więc jakoś udaje mi się je rozgrzać. O 7 zaczynamy się wspinać po poręczówkach na Banana Range. Plecaki ważą po jakieś 12-13 kg. Łukaszowi idzie świetnie, ja niestety wlokę się strasznie. To pewnie jeszcze skutek przedwczorajszej biegunki. Na tej wysokości organizm długo dochodzi do siebie, tym bardziej że wczoraj miał być dzień odpoczynku, a takim raczej nie był (trzygodzinna akcja ratunkowa). Pierwsze 150 m ściany zajmuje nam ponad dwie godziny. Potem długo szukamy zasypanej poręczówki. Okazuje się, że nie prowadzi ona wprost śnieżną granią lecz idzie bardziej z prawej strony, stromą lodową ścianką. O 10, gdy słońce już nieźle piecze, postanawiamy zostawić plecaki i wrócić tu jutro rano.W pośpiechu zjeżdżamy 150 m ściany, ale na plateu śnieg jest już bardzo rozmiękły więc zapadając się w niego, to 20 to 30 cm, docieramy do jedynki dopiero o 12.30. Jesteśmy wymęczeni (głównie upałem). Do 16.30 nie opuszczamy namiotu. Potem w namiocie Ani gotujemy napoje i jedzenie. O 18.30 udaje nam się skontaktować z bazą (zasługa wyżu tybetańskiego). Jacek martwi nas, że został nam tylko dzień ładnej pogody. Mam nadzieję, że się myli, ale tak czy inaczej jak chcemy założyć obóz na 7000 m, to jutro i pojutrze będzie się trzeba spieszyć. O 19.15 kładę się spać, bo rano znów pobudka 4.30.

Dzień 28. – 14.07.2011, czwartek.

Wstajemy o 4.30, a o 5.40 jesteśmy znów pod ścianą (tradycyjnie już przymroziłem palce rąk). Już o 7 jesteśmy przy naszym wczorajszym depozycie. Dziś idzie dobrze, wreszcie wróciły mi siły po chorobie. Spieszymy się bo to ściana pd.-wsch. i słońce pojawia się tu już o tej porze. O 10.30 Łukasz dociera do grani, za którą położony jest obóz drugi (6500 m). Ja jestem na miejscu 45 min później. Obóz przypomina gniazdo skalne. Nie wiem, czy zmieściłoby się tu więcej niż 10 namiotów. Dalsza część ściany nad nami już nie jest tak stroma i raczej równo nachylona (poza kilkoma małymi serakami). Niestety i w dwójce nie ma cienia od pewnie jakiejś 10 więc chowamy się do namiotu Oli, otwieramy oba wejścia, by uzyskać chociaż minimalny ruch powietrza. Do 16.30 odpoczywamy, drzemiemy. Potem gotowanie napojów, krótka sesja fotograficzna i o 19 idziemy spać. Mamy nadzieję, że wbrew wczorajszym prognozom (dziś nie udało nam się skontaktować z Jackiem w bazie) z rana będzie choć kilka godzin słońca i uda nam się wejść jeszcze 500 m, założyć obóz trzeci i szybko zjechać do jedynki. Ta pogoda nie wygląda tak źle. Co prawda są chmury, ale jest chłodno i prawie nie pada śnieg.

Dzień 29. – 15.07.2011, piątek.

Pobudka o 4.30 i już o 5.30 pniemy się w stronę obozu trzeciego (około 7000 m.n.p.m). Pogoda nie najgorsza, pochmurno, w miarę ciepło (jakieś -5 st.), ale nie pada. Po godzinie udaje mi się rozgrzać palce. O 7.30 mija nas schodzący w dół Ekwadorczyk Santiago. Wczoraj atakował szczyt, ale niestety nie udało mu się z powodu pogody. Mówi, że w obozie trzecim bliski śmierci jest jeden z Kanadyjczyków Louise, a jeden z tragarzy zaczyna cierpieć z powodu ślepoty śnieżnej. Santiago pyta nas, czy możemy pomóc w transporcie Louisa w dół i czy mamy tlen. Odpowiadamy, że tlen mamy w dwójce i mogą go stamtąd zabrać do góry. Santiago natychmiast kontaktuje się Nisarem, który zjeżdża w dół po tlen, że może zabrać również nasz, a my ruszamy w góry, by pomóc choremu Kanadyjczykowi. O 8.30 docieramy na wysokość 6850 m, gdzie spotykamy ekipę opuszczającą w dół nieprzytomnego Louisa. Oferujemy im naszą pomoc, ale jest ich szóstka i mówią, że na razie jej nie potrzebują. Pytają się o tlen. Odpowiadamy, że Nisar już zjeżdża po niego zjeżdża. Pogoda zaczyna się pogarszać więc mimo że do obozu brakuje jeszcze ponad 100 m, postanawiamy zostawić depozyt i zjeżdżać. Dla aklimatyzacji wystarczy, a po co ryzykować zejście lawiny. Poza tym możemy być jeszcze potrzebni w akcji ratunkowej. Zjeżdżamy pospiesznie w dół i już na 10 jesteśmy w dwójce. Gotujemy wodę na napoje i obserwujemy akcję ratunkową. Chłopakom idzie bardzo sprawnie. Gdy wyruszamy w dół do jedynki, oni są już tylko 50 m nad nami. Podczas zjazdów zaczyna sypać mocniej. W pośpiechu popełniam głupi błąd. Wpinam się do źle zaczepionej poręczówki. Rzuca mnie prawie metr w prawo, tracę równowagę i wbijam sobie ostatni ząb lewego raka głęboko w prawą łydkę. Na ścianę tryska krew. Na szczęście jest lekki mróz i mamy już gęstą krew na skutek aklimatyzacji więc krwotok po paru minutach ustaje. Oglądam ranę. Jest paskudna, 3 cm głębokości, 1,5 cm szerokości i ponad 4 cm długości. Czy to koniec marzeń o szczycie? Teraz kiedy mamy wyniesiony cały sprzęt, kiedy zrobiliśmy ostatnie wyjście aklimatyzacyjne, może mi ktoś to zszyje? Nie jest dobrze, ciekawe ile dni będę musiał odpoczywać. Trzy, cztery minimum. Po godzinie doganiam Łukasza na dole. Martwi się o mnie, ale nie traci wiary w to, że zdobędziemy górę. Na 13.30 dochodzimy do jedynki. Robię sobie opatrunek z wilgotnych chusteczek i kładę się do śpiwora. Jestem załamany psychicznie i bardzo zmęczony. Nawet nie chce mi się gotować picia. Łukasz przynosi mi małą butelkę plusza. Wieczorem sprowadzają chorego Luisa. Chociaż to dobra wiadomość, że wszyscy zeszli bezpiecznie ze ściany. Kładziemy się wcześnie, bo jutro zejście do bazy z moją raną zapewne potrwa długo. Trzeba szybko znaleźć jakiegoś lekarza.

Dzień 30. – 16.07.2011, sobota.

Wstajemy o 4.30. Przed 6 jesteśmy już w drodze do bazy. Pochmurno, ale na razie nie pada. Akcja ratunkowa również dziś zamierza zejść do bazy. Z przebitą łydką nie chodzi się zbyt komfortowo, ale ok. 9 jesteśmy na Ice Fallu. Niestety tu całkiem opadam z sił i wlokę się niemiłosiernie. Proszę Łukasza, by mnie zostawił i szedł swoim tempem, a ja jakoś dowlokę się do bazy. Łukasz jak to prawdziwy przyjaciel, nawet nie chce o tym słuchać. Do bazy docieramy trochę przed 12. Witają nas gorąco Musin z Salimem, potem Ola z Maszą. Od razu widzą, że coś jest nie tak. Ola mówi, że widziała gorsze rany u znajomych, a po paru dniach szli się wspinać. Po kwadransie przychodzi Jacek, on też jest dobrej myśli. Na 13 Reza, szef austriackiej bazy umawia mnie z ich lekarzem. Wypijam herbatę z prądem i idę o 13 usłyszeć wyrok. Towarzyszą mi Masza i Ola. Stefan, młody austriacki lekarz z Willach ogląda moją ranę i mówi, że nie jest tak źle i za 3-4 dni razem pójdziemy na szczyt. Jako że nie musi mi dawać znieczulenia, każe mi wygolić ranę i przystępuje do wycięcia martwej tkanki. Prawie mnie nie boli. Nie wiem, czy to wpływ adrenaliny, czy bardziej spirytusu, a może jednego i drugiego. Potem spina ranę czterema cienkimi plastrami, daje antybiotyk i każe przyjść jutro. Będzie mi codziennie ściągał ranę tymi plastrami, by się zamknęła. Jestem szczęśliwy. Nie spodziewałem się tak pozytywnych wiadomości. Po południu długo rozmawiamy o taktyce z Jackiem i Olą. Mają zamiar wyjść dziś w nocy, mimo nie najlepszych prognoz (chcą zdobyć oba ośmiotysięczniki G I i G II więc muszą się spieszyć). Komu jak komu, ale im na pewno należy się ta góra. Założyli dwie trzecie poręczówek, spędzili w ścianie najwięcej dni. Jacek już trzeci raz próbuje zdobyć G II. Dwa razy nie wszedł, bo ratował życie innych, mimo że był kilkadziesiąt metrów od szczytu. Wieczorem Ramzan wydaje kolację dla świeżo przybyłej ekipy z Iranu. O 20 przenosimy się do mesy Austriaków, by z nimi świętować zdobycie G I (pięć osób) i G II (dwie osoby). Zmęczony ciężkim dniem idę spać ok. 21.30.

Dzień 31. – 17.07.2011, niedziela.

Jak to miło nie wstawać w środku nocy. Spałem prawie do 9. Pogoda przyzwoita, noga boli mniej, tylko przy ruszaniu. Po sześciu dniach jedzenia byle czego nawet owsianka i placek z dżemem smakują przyzwoicie (jak tęsknię za normalnymi kanapkami). Po śniadaniu piję dużo herbaty i uzupełniam relację z wyprawy. Po obiedzie (dla odmiany jak z ryżem) idziemy do doktora Stefana zmienić opatrunek. Ogląda ranę i stwierdza, że jest lepiej niż się spodziewał. Ponownie ściąga ranę specjalnymi plastrami i każe przyjść jutro. Mówi, by brać antybiotyk i mało chodzić, więc idę uciąć sobie drzemkę. Po południu długo gramy w karty z Ramzanem i Ahmedem. Jacek, Ola i Masza czekają w jedynce na poprawę pogody. Wieczorem rozmawiamy o polityce, gospodarce i armii. Kładziemy się wcześnie, około 20, mimo że jutro dzień wolny. To jeszcze efekt zmęczenia poprzednimi dniami.

Dzień 32. – 18.07.2011, poniedziałek.

Dzień zaczął się pięknie. Wreszcie chodzę nie kulejąc, a do tego wyszło słońce. Po śniadaniu trochę kart z Łukaszem. Potem chodzę po bazie pytać ludzi o pogodę dla Jacka, Oli i Maszy. Niby prognozy są dobre na cały tydzień, ale jutro i pojutrze ma wiać silny wiatr na górze. No niestety przy zmianie cyrkulacji musi wiać. Za to na czwartek, a zwłaszcza piątek i sobotę prognozy są bardzo dobre. Trzeba zaplanować atak szczytowy na piątek 22 lipca. O 12 idę do Stefana. Stwierdza, że rana goi się świetnie i jutro już ją zamknie. Niestety nasi nie zdołali się przedostać do dwójki z powodu silnego wiatru. Po obiedzie znów gramy w karty. Wieczorem odwiedzają nas Irańczycy. Długo rozmawiamy na różne tematy. Chłopacy mają sporą wiedzę o legendach polskiego himalaizmu, Kukuczce,Wielickim czy Kurtyce. Łukasz o 21 się kładzie, ja zostaję jeszcze na karty, nie chce mi się spać. W namiocie ląduję dopiero przed północą.

Dzień 33. – 19.07.2011, wtorek.

Obudziłem się wcześnie, 7.30, spoglądam na maszt z polską flagą, który leży. Pewnie wywrócił go silny północny wiatr z Tybetu (czyli będzie pogoda). Szybko poprawiam maszt i idę na śniadanie. Po obiedzie idziemy do majora, dowódcy tutejszej jednostki, by zadzwonić do domu. Mówię Ani, że jutro ruszamy i skontaktujemy się pewnie w sobotę wieczorem lub w niedzielę. Jest spokojna, cieszy się, że to może oznaczać szybszy o tydzień powrót. Stefan po raz ostatni opatruje mi nogę. Próbuje też znaleźć jakąś maść na poranione palce Łukasza (jakaś bakteria zaatakowała mu dłonie i strasznie go swędzą). Jacek z dziewczynami niestety znów nie wyszli w górę z powodu wiatru. Zaraz po kolacji kładziemy się spać. Jutro pobudka o 1.30 i w górę.

Dzień 34. – 20.07.2011, środa.

Pobudka 1.30, potem szybkie śniadanie. Z moją nogą wszystko w porządku więc już o 9.10 docieramy do jedynki. Jacek z dziewczynami pewnie już są na ścianie, bo pogoda jest super. Po południu zaczyna się psuć. Więc gdzie ta zapowiedziana lampa? Może do rana przejdzie. Martwię się tym, że nie przyszli Austriacy. Czyżby coś się zmieniło w prognozach? Wieczorem kontaktujemy się z Jackiem (doszli do dwójki) i szybko idziemy spać. Trzeba być dobrej myśli, że jutro będzie ładnie i pójdziemy do góry, a pojutrze na upragniony szczyt.

Dzień 35. – 21.07.2011, czwartek.

Budzimy się o 1, bo chcemy dziś pokonać całą ścianę. Niestety sypie więc przestawiamy budziki na 2. O 2 nie jest nic lepiej więc nastawiamy na 4. O 4 też pada więc załamani (przecież czwartek miał być piękny) kładziemy się dalej. O 5 budzę się i jem śniadanie. Trochę po 6 przychodzą z bazy Austriacy. Twierdzą, że pogoda się poprawi i idą w stronę ściany. Pospiesznie pakujemy plecaki i ruszamy za nimi. Szybko docieramy do ściany i zaczynamy wspinaczkę. Od razu widzę, że coś jest nie tak. Wlokę się trzy razy wolniej niż inni. Pokonanie 150 m do wypłaszczenia zajmuje mi prawie 3 godz. Jestem coraz słabszy, a do tego wychodzi słońce. Mam ochotę zostawić plecak, zejść i wrócić jutro rano. Widzę Łukasza gdzieś ze 250 m nade mną. Gdy już kończę się przepakowywać by zejść, dzwoni Łukasz. Postanawiam jeszcze raz się zmusić do walki. Ruszam na najbardziej stromy odcinek. Gryzę lód z bezsilnej złości, ale powoli brnę ściną do przodu. W najbardziej stromym miejscu dzwoni Łukasz. Obiecuję mu oddzwonić, gdy będzie łatwiej. Po kwadransie docieram na grzbiet i dzwonię do niego. Jest już od pół godziny w dwójce i pyta mnie, co ma robić, czekać na mnie czy iść do trójki z Jackiem i dziewczynami. Mówię mu, że prawdopodobnie znów będę chory na biegunkę i mogę wcale nie dojść do trójki (a dziś to już na pewno dojdę tylko do dwójki), więc niech podejmie decyzję czy czeka na mnie w dwójce, czy idzie z nimi. Z całej wyprawy najbardziej żałuję, że nie kazałem mu wtedy iść, bo Łukasz zdecydował się na mnie czekać. Wycieńczony dotarłem do dwójki dopiero przed 16. Łukasz gotował picie, a ja odpoczywałem w nadziei, że jutro będę zdrowy. Jemu bardzo dokuczały swędzące palce, ale ogólnie czuł się dobrze. Wieczorem poczułem się lepiej więc pełni nadziei wcześnie położyliśmy się do śpiworów. Jacek się z nami nie skontaktował o 18. Pewnie się wcześnie położyli przed atakiem na szczyt. Łukasz przed snem długo oglądał zdjęcia Agnieszki. Ja od kilku dni nie mam ochoty oglądać zdjęć Ani. Nie chcę myśleć o tamtym pięknym normalnym świecie, nie chcę się dekoncentrować, rozprężać. Tu trzeba wykonać zadanie, zdobyć górę i jak najszybciej stąd uciekać. Wiele razy łapię się na tym, że marzę o tym, że jestem w domu, że siedzimy z Anią na balkonie, odpoczywamy, że jesteśmy na plaży, opalamy się. Liczę już dni kiedy będziemy opuszczać bazę, kiedy wreszcie będzie ciepło, nie będę przemrażał palców z zimna, nie będą pękać usta. Może za trzy dni już będziemy w bazie a za osiem, dziewięć w domu.

Dzień 36. – 22.07.2011, piątek.

Dzień 36. Widok z trojki na szczyt.

Wstajemy planowo o 4.30 i po godzinie ruszamy. Z początku, oprócz jak zwykle przymrożonych rąk, wszystko idzie dobrze. Na 9.10 docieramy na 6850 m do pozostawionego tam depozytu. Zaczynam wierzyć, że jestem zdrowy. Wychodzi słońce i znów zaczyna mi się przewracać w żołądku. Łukasz mnie odstawia, a ja wlokę się 150 m w 3,5 godz. Gdy docieram do trójki, Łukasz ma już rozstawiony namiot. Biorę się za gotowanie wody. Na wysokości 7000 m.n.p.m. trwa to bardzo długo. Półtoralitrowy garnek gotuje się blisko godzinę. Po południu jemy obiad i przygotujemy się do wyjścia (mam nadzieję, że jutro będzie lepiej). Wypatrujemy Jacka i dziewczyn. Powinni już schodzić ze szczytu. Niestety do 19 nie ma od nich żadnych wieści. Kładziemy się do śpiworów, gdyż planujemy wstać o 22 i koło północy ruszać na szczyt. Wtedy zaczyna się najgorsze. Przychodzi kolejny atak biegunki. Muszę wychodzić w nocy cztery razy. Budzimy się o 22. Właśnie schodzą nasi. Zdobyli szczyt, ale szli w dół bardzo powoli, bo Maszę męczył kaszel. Na ich oczach spadła i zabiła się Laila z Iranu. Musimy podjąć decyzję, co zrobić dalej. Zastanawiamy się jakie szanse na zdobycie szczytu ma człowiek od trzech dni zmagający się z chorobą żołądka. Szanse mam naprawdę niewielkie, jednak postanawiamy, że Łukasz ruszy o północy, a ja wstanę koło czwartej i pójdę za nim jako wsparcie, głównie duchowe. Łukasz się ubiera, a mnie dalej męczy żołądek. Rozmawiamy z Jackiem co myśli o naszym pomyśle. Mówi, że to niebezpieczne iść na szczyt samemu, a wszyscy pozostali byli tam dziś. Wahamy się do 1. Łukasz podejmuje decyzję, że nie idzie do góry i zostaje ze mną, gdyż chory nie powinienem iść na szczyt. Jak w sobotę zejdziemy, to zostanie nam jeszcze tydzień (3 dni na odpoczynek i 4 na wspinanie). Wskakujemy w śpiwory i natychmiast zasypiamy.

Dzień 37. – 23.07.2011, sobota.

Dzień 37. Na Banana Ridge.

Dzień 37. Zjazdy Banana Ridge.

Wstajemy o 5. Dziś mieliśmy iść na szczyt, a my schodzimy w dół. To boli, bo wszystko zrobiliśmy prawidłowo. Wynieśliśmy cały sprzęt (jedzenie, namiot, ubrania, gaz), mamy dobrą aklimatyzację (nie bolały nas głowy, nie mieliśmy nudności ani kaszlu, spaliśmy dobrze na wysokości 7000 m), a jednak musimy schodzić w dół. Cóż takie są góry. Trzeba spróbować jeszcze raz za kilka dni. Jestem tak zmęczony, że nawet zjeżdżanie idzie mi wolno. Do jedynki docieramy dopiero przed 14. Postanawiam się zdrzemnąć. O 15 czuję się lepiej więc decydujemy się spakować i zejść wieczorem do bazy. Jeżeli podejmiemy następną próbę, to obóz 1 nie będzie nam już potrzebny, bo pójdziemy od razu z bazy nocą do trójki. Ruszamy po 16. Śnieg jest rozmiękły. Szczeliny są bardzo niebezpieczne, ale tuż przed nami idzie sporo innych wspinaczy. O 19 docieramy na Ice Fall. Niestety o 20 jest już kompletnie ciemno i mimo że jesteśmy godzinę od bazy, zaczynamy błądzić. Po kilku nieudanych próbach znalezienia drogi decydujemy się na nocleg w niewielkiej lodowej dolince, aby nie wiało. Nie chce nam się rozkładać namiotu tak blisko bazy, tym bardziej że niebo jest gwieździste i nie powinno padać. Wchodzimy do śpiworów i o 21.30 już śpimy.

Dzień 38. – 24.07.2011, niedziela.

Wstajemy ze wschodem słońca o 4.40. Jak się pospieszymy, to za 1,5 godz. będziemy w bazie. Pech nas jednak nie opuszcza. Kilometr przed obozem Łukasz wpada w dwumetrową szczelinę. Dobrze, że miał kask na głowie, ale prawe kolano potłukł sobie straszliwie. Do obozu wleczemy się jeszcze ponad godzinę. Twarz Łukasza cały czas jest wykrzywiona z bólu. Nasze szanse na wejście coraz bardziej maleją. W bazie Musin masuje Łukasza nogę półtorej godziny. Idziemy spytać Stefana, co on sądzi o moim i Łukasza zdrowiu. Twierdzi, że stłuczona noga będzie boleć, ale po trzech, czterech dniach odpoczynku będzie można iść do góry. Co do mojej biegunki niestety nie ma żadnej gwarancji, że nie powróci. Po obiedzie siadamy z Łukaszem by podjąć decyzję, czy kontynuujemy wyprawę czy nie. Mamy jeszcze sześć dni do soboty. W przyszłą niedzielę trzeba schodzić w dół, by zdążyć na samolot. Ważymy wszystkie za i przeciw.
1. Nasz stan zdrowia jest nieciekawy i nie ma żadnej gwarancji, że za parę dni będzie lepszy.
2. Szczeliny na Lodowcu Gasherbrum są coraz większe, a prawie wszyscy schodzą dziś lub jutro w dół więc będzie nieciekawie, gdy ktoś z nas wpadnie.
3. Pogoda na czwartek i piątek, kiedy musimy atakować szczyt, jest zła, a my musimy jeszcze trzy dni odpocząć.
Niestety argumentów za nie znaleźliśmy. Podejmujemy decyzję.

KONIEC WYPRAWY.

Po południu łączymy się z Olą. Boją się schodzić z ciężkimi plecakami przez lodowiec i czekają na wieczór. Opowiadam im, że przez późne wyjście wczoraj zaliczyliśmy kibel na Ice Fallu. Decydują się, że ruszą o 16.30. Oby zdążyli, bo Ola musi jutro schodzić z bazy na samolot (leci w nocy z 30 na 31 lipca). Przygotowujemy na wieczór imprezę dla naszych zdobywców. My z Łukaszem drinki, a Musin z Salimem jedzenie. Niestety o 21 dzwonią, że i oni muszą zanocować na Ice Fallu. Zapraszamy na wieczór doktora Stefana i Justina z Kanady. Rozprawiamy głównie o górach do północy. Noc mamy ciężką. Łukasz nie śpi z powodu bolących palców, a ja przez popękane wargi.

Dzień 39. – 25.07.2011, poniedziałek.

Dzień 39. Góra Gór

Wstajemy o 6. Obóz już prawie zwinięty. Po śniadaniu około 7 Łukasz z Anią i część tragarzy zaczynają schodzić. Po wczorajszym upadku jest mocno poobijany i pewnie będzie szedł wolno. Ja obiecałem Oli, że będę na nią czekał, by nie schodziła sama (Masza zostaje jeszcze tydzień i spróbuje wejść jeszcze z Irańczykami na G I, a Jacek idzie na K2). Jacek i dziewczyny przychodzą do bazy dopiero po 11. Musin podaje im tort, zapiekanki. Potem przepakowywanie, kąpiel, pożegnanie z Maszą, Jackiem, Ahmedem i ruszamy w dół o 13. Idziemy bardzo szybko, bez plecaków. Przed Concordią doganiamy Rezę. Na Concordii chłopaki z Keep Karakorum Clean zapraszają nas na herbatę. Proszą nas o krótkie relacje na temat czystości gór. Następnie ruszamy pośpiesznie w dół, bo do Goro II jeszcze 3 godz. Na camping dochodzimy już po ciemku. Szybka kolacja i spać, bo jutro czeka nas przeszło 30 km.

 

Dzień 39. Świetlista ściana Gasherbrum IV

Dzień 39.Widok z bazy na Gasherbrum I

Dzień 40. – 26.07.2011, wtorek.

Dzień 40. Masherbrum.

Od rana czuję się źle. Biegunka znów nie daje mi żyć. Wlokę się do Payu przeszło 16 godz. (Oli zajęło to 8). Docieram na camping dopiero o 22, gdy właśnie Łukasz i Salim wychodzą by mnie szukać. Zjadam odrobinę ryżu, popijam herbatą i natychmiast zasypiam.

Dzień 41. – 27.07.2011, środa.

Dzień 41. Wreszcie na dole.

Trochę chmur. Czuję się lepiej więc próbuję utrzymać tempo Łukasza i Oli. Około południa wychodzi słońce i upał robi się nieznośny, tym bardziej że jesteśmy już nisko. Ledwie 3000 m.n.p.m. Mocno zmęczeni docieramy do Askole o 15.30. Nieźle jak na prawie 35 km. Wieczorem kapitan Ramzan, który zszedł 2 dni wcześniej zaprasza nas na kolację, ale cóż to dla mnie za pociecha, jak wróciła mi biegunka i mogę zjeść tylko ryż.

Dzień 42. – 28.07.2011, czwartek.

Poranek znów pochmurny, ale gdy docieramy jeepami o 11.30 do Skardu, świeci już piękne słońce. Pierwszy raz w życiu idę do golibrody. Sam obawiam się golić swoją poparzoną twarz. Jestem załamany. Razem z obcięciem włosów zajmuje mu to półtorej godziny. Aż boli mnie kość ogonowa. Jak te kobiety wytrzymują u fryzjera tyle godzin. Wieczorem idziemy z Olą i Łukaszem kupować prezenty dla najbliższych.

Dzień 43. – 29.07.2011, piątek.

Wyruszamy dopiero po 11.30, bo jeszcze musimy złożyć wizytę w Ministerstwie Turystyki. Nasz obecny kierowca jest niezły i już o 19 docieramy do Chilas, ale postanawiamy tu nie spać, tylko po kolacji ruszyć dalej. Dziewczyny mają bilety na następną noc na 3.20. My liczymy,że też się zabierzemy na ten lot,chociaż Asgharowi powiedzieli na lotnisku, że miejsc nie mamy. Koło północy kierowca zatrzymuje się na przydrożnym parkingu gdzieś w Hindukuszu by trochę się zdrzemnąć.

Dzień 44. -30.07.2011, sobota.

Około 5 ruszamy dalej. Do południa podróż idzie gładko, ale im bliżej Islamabadu tym jedziemy coraz wolniej. Przez samą stolicę wleczemy się ponad godzinę. Do domu Asghara w Rawalpindi docieramy o 16. Poznajemy jego żonę i dzieci. Przygotowują nam pyszny obiad. Potem syn Asghara włącza nam na dvd Avatara. Kolacja jest równie przepyszna. Trochę po północy jedziemy na lotnisko w Islamabadzie. Każą nam czekać czy zwolnią się jakieś miejsca w samolocie do Dubaju. Przebukowanie biletów kosztuje 112 dolarów więc czekamy cierpliwie do 4.30. Niestety okazuje się, że dziś nie polecimy. O 5.15 Sherbaz zawozi nas do hotelu.

Dzień 45. – 31.07.2011, niedziela.

Wstajemy dopiero o 15. Może jutro po weekendzie będziemy mieli więcej szczęścia i dostaniemy się do samolotu. Wieczorem przyjeżdżają Sherbaz i kapitan Shakil, z którym podróżowaliśmy do bazy. Kapitan próbuje się skontaktować z kimś na lotnisku by nam pomóc dostać się jutro na samolot.Umawiamy się na jutro, jeśli by były jakieś problemy, to mamy dzwonić po Shakila (mieszka 10 min od lotniska).

Dzień 46. – 01.08.2011, poniedziałek

Już o 6.30 jesteśmy na lotnisku i po chwili radosna nowina. Dziś o 9.20 polecimy do Polski. O 11.30 jesteśmy już w Dubaju. 16.30 wylatujemy do Monachium. Przylatujemy do Monachium o 21. Trzeba się pospieszyć, bo tu jest tylko godzina na przesiadkę.Wszystko się udaje i już o 23.20 lądujemy w Katowicach. Wreszcie w Polsce po półtora miesiącu. Po chwili przyjeżdżają Łukasza tata i Agnieszka. Łukasz to szczęściarz, ja zobaczę Anię dopiero jutro. O 2 jesteśmy już w Aleksandrowie w domu Łukasza rodziców. Rozmawiamy z godzinę i kładziemy się spać.

Dzień 47. – 02.08.2011, wtorek.

Na 6.10 Marcin brat Łukasza odwozi mnie na pociąg. Pociąg do przyjeżdża spóźniony ledwie kwadrans, ale nie wiem jakim cudem do Bydgoszczy nadrabia spóźnienie. O 9.40 jestem w Bydgoszczy i witam się z Anią. Jestem najszczęśliwszy na Ziemi.

DZIĘKUJĘ:

Ani – za to, że jest.

Agacie Kozickiej z Gazety Pomorskiej – za piękne artykuły i pewną interwencję.

Jackowi Telerowi – za wszystko.

Klubowi Wysokogórskiemu w Bydgoszczy – za wsparcie i wiarę.

Kolegom i koleżankom z Gimnazjum nr 16 w Bydgoszcy – za zrzutkę i piękne pożegnanie.

Łukaszowi – za wspólną walkę i przyjaźń.

Łukaszowi Zielaznemu – za dziesiątki wysłanych e-maili i przyjaźń.

Oli i Maszy – za wspólną walkę.

Prezydentowi Sebastianowi Chmarze – za zrozumienie i pomoc finansową.

Rafałowi – za czekan i przyjaźń.

Robertowi – za śruby lodowe i przyjaźń.

Rodzicom – za to, że pokazali mi góry.

Sklepowi Świstak – za tanie botki, łapawice, palnik i skarpetki.

Tomkowi Brylewowi – za wszelką pomoc i krótkofalówki.

Tomkowi Krusińskiemu – za sprzęt, szukanie ciuchów, za zniżki w sklepach, przyjaźń i wiarę.

Urzędowi Miasta Bydgoszcz – za wsparcie finansowe.

Władzom Aleksandrowa Łódzkiego – za kupno sprzętu.

I wszystkim, którzy śledzili nasze zmagania w górach.

Darek Suchomski

Dodaj komentarz