Eiger 3970m – relacja Rafała Arndt

14 września 2018

Eiger 3970m (12.08.2018 11:30 😊 ) >>>> Ten dzień był jakiś inny…

Tytułem wstępu 😊

Eiger to najniższy członek „Berneńskiej Wielkiej Trójki”, dzięki temu, że najniższy, poczułem więź 😀

Ale meritum…. Po raz pierwszy zobaczyłem tą górę we w sumie kiepskim filmie „Akcja na Eigerze” Z Clinten Eastwoodem kiedy miałem jakieś 11 lat… I tak zakotwiczył u mnie w pamięci. Niespodziewanie po latach moja firma wysłała mnie do szwajcarskich kolejarzy na bliżej nieokreślony czas  i temat-marzenie powrócił. Góra ta wywoływała u mnie skrajne emocje… na zasadzie „chcę, ale mam pietra…” Mimo, że miałem w planie wejście samotne zachodnią flanka, która jest drogą zejściową dla kozaków, którzy zrobili północną ścianę, to jednak jak się jedzie kolejką na Kleine Scheidegg, widzi się tą niewyobrażalnie wielką i mroczną ścianę… . To właśnie ona przemawia do wyobraźni, również tej nieco wybujałej, mojej😊.

Informacje o drodze w necie, na pozór spoko, okazują się zdawkowe i mogą nieco w błąd wprowadzić, wydrukowałem, przygotowałem się kondycyjnie i zrobiłem 1.07.2018 wejście zapoznawcze do 3420m, które mega mi pomogło, zwłaszcza mentalnie….dało też do myślenia, bo spotkałem wtedy powyżej 2700m może z 5 osób…czyli uważaj na siebie 😊

 

Nadszedł ten wyczekiwany dzień…12.08.2018… pogoda stabilna ma być…spakowany w Gregorego jak na Alaskę zameldowałem się do pierwszej kolejki z Grindelwald Grund (bilet do stacji Eigergletcher  – ostatniej przed tunelem, w tą i z powrotem to 37CHF z halbtax, bez 74CHF)

Jadąc kolejką wsłuchiwałem się w odgłosy wydawanej przez zębatki kolejki po środku torów… ich harmoniczna powtarzalność wywołała u mnie fajny stan, jakiś dziwny luz, spokój… byłem wyłączony i tylko powtarzałem sobie jak mantrę  „2850 próg, kask, uważaj, kopczyki i krucho do 3400, potem nie wiem… ale lampa będzie ok, nie idź za szybko, masz czas, wszystko tu leci bo krucho, zachowaj siły na powrót, nie bądź durniem”

 

Wysiadłem na Eigergletcher (2320m) z 20 minut opóźnieniem… 8:30 rano. Mówię sobie..wio koniku (i nie mam na myśli tego ręcznego…żeby nie było 😀 ). Mijam z prawej strony tunel i widok jak poniżej…

 

Byłem na to przygotowany, znam drogę i ruszamy, oczywiście są jakieś poręczówki itp…W głowie mam luz, jeszcze czasu sporo, będzie pięknie. Ok. wys 2600 jest wypłaszczenie i tam, potem lekkie obejście po prawej, mocno w lewo i do krawędzi i do progu…Próg jest fajny i zeschemaciłem go sobie w głowie jako etap „ nie jesteś taką pizd…” coś zrobiłeś. Próg ma ok. 40-50m wys i zwisają poręczówki, zakładam kask i oczywiście na żywca szybko do góry…nad progiem mnogość kopczyków itp. (Ważne w okolicach tego progu i nad nim porobić parę fotek, bo droga z powrotem wygląda zupełnie inaczej i 1.07, mimo widoczności straciłem ok. 30 min aby go znaleźć bo takich progów tam od ch….) Idziemy wyżej… patrzę na zegarek… 3000m… 😊 jest super pomalutku do przodu… Po wytrawersowaniu oryginalna ścieżka z kopczykami odbija w prawo i nie idzie stricte granią… tam idą głownie latające wiewiórki do słynnego miejsca skoków — Magic Mushroom… Można sobie tam zboczyć, ale potem trza w prawo.

MAGIC MUSCHROOM 😊

 

Jak już idziemy to ważne, aby taki klinowaty trójkąt ok. 3300m minąć z prawej – zdjęcie poniżej…

Jeśli chodzi o samą drogę do 3500 to tak…. Widoki są cudowne…ale sama droga meeeega do dupy…progi, piargi, krucho, można się co chwilkę wypierdzielić czasem człowiek po prostu zjeżdża na kamieniach…nawet idąc do góry….:)

Około 3450 świsnął mi koło ucha pierwszy kamień… taki wielkości jabłka… no tak… upały wytopiły śnieg totalnie, przede mną mały kuluar wiec musi lecieć… ale czemu one takie wielkie…Poczułem trochę powagę sytuacji jestem totalnie sam…ok. jest w sumie łatwo.. ale…ale mówię sobie… będziesz wracał, będzie w słońcu…ciekawe jak to będzie… Szybko wytrawersowałem w prawo kuluar i dotarłem do kopczyka, nawet był wyższy ode mnie… się uśmiałem… na pewno taki konus jak ja go nie układał 😀

No tak… od tego momentu idziemy w nieznane dla mnie… nie wiem co jest dalej…zaczyna wiać…nie lubię ogólnie tego…Jednak…jednak… po chwili widzę jak dalej idzie droga i kopczyki… brakuje tylko ok 450m do szczytu…

Halo halo… zapomniałeś jełopie w tym galopie…o… jedzeniu i piciu… zatem chwilka przerwy, banan, jakieś orzechy, herbatka i woda… nie jest nawet zimno… pierwsze promyki słońca. Jak poczułem banana w ustach ( :D) to dostałem niezłego wiatru w żagle…rozglądam się… uuu do wierzchołka daleko i chyba minimum jeden trawers… ok. zobaczymy później… Pocieszam się i motywuję w swoisty sposób…” Rafciu, wspinacz z Ciebie kiepski, dużo gadasz itp… masz tylko trochę z garem…zrób więc z tego użytek i wejdź tam do cholery… 😀 „

Wstałem i idę…pluję sobie trochę w brodę bo nie robię za wiele fotek… później zrobię… na razie koncentracja…Dochodzę do grani flanki lufa z północnej ściany z wys ok. 3600 jest piękna… widzę jednak, że kopczyki mnie kierują pod kolejny próg w prawo, chyba go będzięm trawersować…pod progiem…no to są chyba jakieś jaja…kupa gruzu i kamieni, zasranych Eigerowych dachówek… wszystko, ale to dosłownie wszystko leci tu i z góry i spod nóg… bleeee. Dobra, po trawersie zawijamy na lewo do krawędzi ściany… nawet lito… mało…Amerykaaaaa poręczówki… to zawsze fajny znak, znaczy, e idę prawidłowo…. Zegarek pokazuje ok. 3730m… i co…? Widzę drogę…to chyba na szczyt.. im bliżej przepaści się idzie, tym stabilniej….bardziej lito… no to do góry…

Najśmieszniejsze, że raki i czekany mam cały czas przytroczone do plecaka…ale jak to… kurrrr… góra prawie 4000m i bez śniegu wejdę… niemożliwe…

Idziem dalej… mijam po lewej taki fragment śniegu…hmmmm patrzę na zegarek 3840m… jeszcze 130… ale ten fragment…chyba widziałem ten śnieg z dołu pod samą kopułą… eeee niemożliwe…10 minut później, po kolejnym małym zakosie…oczom nie wierzę…. Garmin pokazuje mi 3900…ale oczy mówią mi… to już tu !! wierzchołek !! po kolejnej minucie jestem na szczycie…

 

I teraz się zaczyna…. Zrzuciłem plecak…czuję, że mi oczy puchną, szkliste się chyba robią…oddech się robi dziwny… no nie…zaczynam płakać ze szczęścia… ale jak… nie potrafię tego opanować i chyba nawet nie chce… jestem sam, nikt nie patrzy…nieopisane szczęście. Chyba miałem takie coś drugi raz w życiu…siedzę sobie, ronię łezki i po prostu się cieszę, napawam się tym co zrobiłem. Po chwili patrzę na zegarek …11:35. Czyli 3 godziny !! jeeeeee😊

Zanim zacznę futrować Insta i Facebook fotami i filmami… muszę zadzwonić do Stefana…robię to… . Mówię.. tato… jestem na Eigerze..!!! jest pięknie… słyszę tylko… „No by Cię diabeł”…i słyszę, że mu głos zaczyna też drżeć… kończę więc szybko rozmowę, że potem się odezwę…

 

W dole widzę chyba przewodnika z klientem, kurde będą tu za jakieś 5-10 min. Szybko, póki jestem nam na szczycie robię filmiki i fotki… potem może oni też mi zrobią 😊

Taka mała dygresja… Jak przyszedł przewodnik to pierwsze pytanie…” Gdzie masz partnera”… na co ja „ nie mam”, a on „ Ty musisz być chyba z Polski lub z Czech” 😀

Dobra.. spakowany i teraz na dół jedynie 1650m zejścia…pomału, szanując każdy krok…pierwszy fragment do załomu na ok. 3700 spoko. Potem tak jak myślałem… mega krucho, można wszędzie polecieć, dostać kamieniem… nieprzyjemnie… i tak do podnóża ostatniego progu na ok. 2800m.. potem super 😊

Droga na dół wygląda zupełnie inaczej niż do góry ( może też zmęczenie wchodziło trochę) warto w kilku newralgicznych miejscach to sfotografować, rozglądać się mocno na prawo i lewo za kopczykami. GPS z funkcją track back też się przyda.

O godzinie 15:00 jestem znów na stacji EigerGletscher i potem na Kleine Scheidegg. Tam już zimny browar 😊

 

Tak po krótce  i w grzeczny (jak na mnie) sposób starałem się przelać na klawiaturę fakty, ale też nieodłączne emocję, które towarzyszyły mi w tym szczególnym dniu, dniu   spełnionego marzenia z dzieciństwa.

Wiem, że warto marzyć bo to napędza, mimo problemów i przeciwności, nigdy nie wiesz kiedy nadejdzie ten „inny niż inne dzień” 😊

 

Szczególne podziękowania dla Marty i Jacka Gapinskich za doping z Californi z Grindelwaldu 😊