Dolomity 2012

9 sierpnia 2012

W połowie lipca ekipa z naszego klubu w składzie Janusz Ryszewski, Tomasz „Gadżet” Urbański, Arkadiusz Kowalski i Andrzejem „Afro” Garbowskim (środowisko opolskich wspinaczy) miała zaszczyt „poruszania się” w wielkiej lufie ścian Dolomitów i na skalnych dróżkach w Arco i we Frankenjurze.

 

Za pierwszy przystanek obraliśmy rejon masywu Selli i tam drogi na Piz Ciavazes (2.828m) gdzie Janusz miał porachunki z zeszłoroczną drogą „Priz”.  Pokonał ją z Andrzejem klasycznie, który tak oto opisuje tą walkę:
„Priz” – 7b, 250m, 9 wyciągów: 6a, 6a+, 7a, 7b, 6b, 6c+, 6c, 7a, 5c
nie było łatwo. Droga „puściła” w drugiej próbie. Pierwsze wejście w drogę zakończyło się na czwartym wyciągu (7b). Po opatentowaniu kluczowego momentu, które obfitowało w spektakularne loty w tzw. „lufie”, zespół wspinaczy postanowił opuścić drogę zjazdami. Po dniu odpoczynku, zespół w tym samym składzie pojawił się ponownie przed ścianą skalną z drogą Priz. Tym razem kluczowy wyciąg 7b, został pokonany bez tzw. „zająknięcia”. Wydawało się, że po najtrudniejszym wyciągu niespodzianek już nie będzie. A jednak! Zaoferował je wspinaczom przedostatni wyciąg 7a, który odpuścił sobie swoją trudność dopiero w drugiej próbie. Drogę kończy wyciąg 5c, który po kilkugodzinnej wspinaczce wydawał się wspinaczom znacznie trudniejszy od proponowanej wyceny. Drogę zakończono ostatecznie zjazdami wzdłuż jej przebiegu i radością z wykonania „kawał dobrej roboty”.

 


Droga Priz jest polecaną z jednej strony z powodu niesamowitych widoków, które już od drugiego wyciągu stopniowo rozlewają się coraz bardziej w przestrzeni (widok m. inni. na miasteczko Canazei i północną stronę Marmolady) jak również z powodu urozmaiconego w formie wspinania (klasyczne wspinanie po płycie, trawers, okap, krawądki, dziury –często zawilgocone!).

 

Tomek i ja po analizie topo ściany i kilkoma propozycjami Janusza wbijamy się w drogę „Schuberta” – VI+, 250m, 7 wyciagów: 6-, 6-, 6-, 5, 5/6+, 5, 4+
Ze szkicem w kieszeni dotykamy osławiony w wielu relacjach dolomit. Rozpoczynamy walkę. Pierwszy wyciąg pokazuje nam co nam ta skała oferuje. Zacięcie, przewinięcie, okapy i klama za klamą, a co najlepsze to ta pusta przestrzeń pod nami. Asekuracja dobrze siada, a w trudnych miejscach są haki. Kończymy pierwszy wyciąg po długiej wyczerpującej walce. Stwierdzamy, że jeśli takim tempem wszystkie wyciągi będziemy robić to skończymy w czołówkach. Tomek idzie, idzie i po 15 minutach kończy. No to już wiemy gdzie jest to najsłabsze ogniwo, stanowisko chyba dobre znalazł bo wszystkie są zbudowane, jak się okazało później, z dwóch ringów z koluchami. Kolejne stanowisko, również na „wyciągnięcie ręki”. Czyli nie jest ze mnie taki cienias 😉 Okazało się, że Tomka stan był do zjazdów.

Idziemy dalej wyciąg za wyciągiem w pobliżu ostrza wybitnego filara w środkowej części ściany. U dołu słychać „pierdzące” motory, a może by ich takim małym kamieniem… Miało być ciepło, a tu słońce schowane za filarem. Zimno. Ręce grabieją. Stoimy przed kluczowym wyciągiem za 6+. Idzie się w prawo po płycie. Na schemacie widać, że powinny być 3 haki. Jest tylko jeden, a dojście do niego wygląda czujnie. Trzeba podjąć decyzję, bo coś ciśnie w końcówce jelita twardego. Szukamy obejścia, ma być łatwiejsze. Jest, muszę iść w lewo i przewinąć się na płytę. Tam ma być również hak. Jest. Idę dalej w lewo, i w lewo, chyba już jest za bardzo w lewo, lina trze. Karabinek, o karabinek leci, leci i jeszcze leeeeci. No i tak poleciały cztery dychy. Po 20 metrach dochodzę do stanu przy półce. Za szybko, i za bardzo w lewo. Idę dalej, już mam z 10m bez przelotu, teren piątkowy z dobrymi szuflami. Jest stan. Ok. Ściągam Tomka. Jeszcze tylko dwa wyciągi i będzie koniec. Co by nie popuścić. Na ostatnim wyciągu mamy słońce. Widać łąkę, nie pasą się krowy ale świstaki już nas informują kogo to tereny. Jeszcze tylko jedna mała sprawa iii radość, super. Zrobiliśmy. Widoki bombowe. Widać tył masywu Marmolady. Startowaliśmy coś koło 11 i zajęła nam ona  około 7 godzin. Jeszcze tylko zejście. Ale jak tu zejść. Jest ścieżka, fota, szpej na flecy i poginamy.

Fajna ścieżka, z małą krótką ferratą. Jeden zjazd, w łatwym terenie, tak dla bezpieczeństwa. Koło kopca w lewo i w dół. Tak po około 2 godzinach dochodzimy do parkingu, na którym siedzą nasi kompani.

Drugi dzień, miała być druga droga. Ale po przejechaniu 200m zaczęły się małe problemy z wozem. Jak to zawsze bywa, cała ekipa z wozu i co się stało. Aku padł. Jak naprawić, może by zaczepić Niemca, Włocha, a może Czecha ich tu jak kamieni w potoku 😉 Po 2-3 godzinach laweta Włocha zabiera auto z Januszem i Andrzejem 50km do miasta. Później się dowiadujemy, że start z klem się powiódł ale później poszła guma na podjeździe. I tak im cały dzień mija w warsztacie. My, no cóż. Wory na plecy i coś trzeba robić. Nie można marnować pogody, podchodzimy w słońcu do ściany. Mijamy Kant Abrama, to na jutro, idziemy wzdłuż całej ściany.

Przy okazji szukamy bezskutecznie karabinka. Idziemy dalej. Nasz cel to droga „Delenda Carthago” 6b, 180m, 7 wyciągów: III, IV+, 6b, 6a, 6a, 6a, 6a. Stwierdziliśmy, że spróbować warto. Tyle samo wyciągów, ale droga krótsza o 70m. Po małej wymianie zdań z innymi wspinaczami, którzy zjeżdżali ze ściany, dowiadujemy się, że wystarczą nam tylko ekspresy. Troszkę nas to motywuje do działania. Tomek idzie do półki na piramidce. Przechodzi w jednym ciągu pierwsze dwa wyciągi. Dochodzę i stoimy w 30m lufie na „półce” na dwie pary kapci. Oj coś mi już zaczęły nogi dygotać. Tomek stojąc omal co kapcia nie zrzuca. Przyglądamy się co tam dalej jest. Kluczowy wyciąg za 6b. Dwa metry w prawo jest spit, później do góry i jest kolejny. Ale, ale tam są takie małe krawątki. Stan nie jest taki pancerny jak te wczorajsze, plakietka się tu kręci. Będzie trzymać. Trzeba poginać … i tak po 15 minutach zjeżdżamy. Bo nie chciało się nam, bo za duża lufa, bo za mało płynów, bo za małe krawątki, bo nie ogoliłem się, o i jeszcze bo słońce za mocno świeciło. Fakt.

 Z D E Z E R T O W A L I Ś C I E

Zdezertowaliście. ALE MY TAM JESZCZE WRÓCIMY!
Trzeci dzień będzie lepszy. Po przemyśleniu poprzedniego dnia. Wbijamy się w coś co teoretycznie powinno być w naszym zasięgu. Obok drogi, nad którą Janusz z Andrzejem pracują, rozpoczyna się droga Roberta i po 3 wyciągu trawersuje w inną drogę w Zacięcie Buhla. I tak wbijamy się w nią: Via Roberta’83 z wariantem zacięcia Buhla, 400m, 9 wyciągów: 6a+, 6a, 5+, II, III, 6, 5+, 4+, 6. Pierwszy wyciąg sportowy, długie fajne przechwyty. Doszedłem pod półkę, jeszcze okap i stan. Wchodzę w przewieszony okap, wpinam się i chce wyjść, a tu nic. Co jest grane. Tomek mnie trzyma? Nie, trzymając się klamy, klinuję kolano przepinam się. Kto tą agrafkę tam zapiął 😉 Udało się. Jak ten wyciąg poszedł z takimi przygodami to co będzie dalej. Tomek dochodzi z worem na plecach. Zdyszany, klnie jak szefc. Chyba było ciężko. To przez to słońce. Idę dalej. Ma być łatwiej, o pół stopnia, no ale łatwiej. No i … lecę. No i tak zaczęliśmy chyba bardziej dla samych siebie, przejście tej drogi nie martwiąc się stylem, tak po włosku. Ten wyciąg zakończyłem AFem. Dalej były Tomka 3 wyciągi z fajnym trawersem po „łące” z której można było nie jeden kamlot lub trawę nieumyślnie zepchnąć w dół. Dochodzimy do zacięcia. Zmiana. Badamy zacięcie i nasze topo, które już troszkę się wytarło. Poginam. Zacięcie z fajną rysa, oj coś nie gra sadzę przelot za przelotem. Dochodzę do trawersu.

Są haki, jeden za drugim. Idę, kurcze mydło i dup. Miało być tak pięknie. Jak dalej to idzie. Tu jest kant, a przed nim w górę? Ale jest dość, ostro, nie może być za 6. Nic idę do góry, tutaj już przelot i blok, przelot kolejny i blok, słabe rysy, coś w nich się rusza. No i znowu dup, wyrwałem przelot. Teraz siedząc w fotelu i analizuję inne schematy to widzę, że należało się przewinąć za kant i tam powinno być jak po „schodach”. Jakoś wlazłem do góry na półę, a później trawers i stan ze starych haków. Później okazało się, że dwa metry wyżej był nowszy stan. Zmiana i Tomek startuje. Najpierw trawers, troszkę chce nadrobić czas. Wszystkie te mokre, bo już wchodziliśmy w strefę cienia, klamy skierowały go w ślepy zaułek. Wycofuje się, nie mogę mu zbytnio wybierać. Idzie dalej, robi stan. Rozpoczynamy zacięcie Bula. Jeszcze tylko jeden łatwiejszy, który Tomek kończy go wisząc w uprzęży.  Zamiana i rozpoczynam bieg już do tarasu. Klama, rysa, stara mokra pętla, zatarta kość, zatarty friend, rest z zaklinowanym kaskiem i wychodzę na taras. Zakładam stan. I nie słysząc, nie widząc Tomka zaczynam go ściągać. On nie wiedząc czy jestem przy stanie już zbiera się do startu. Tak w ciszy po jakimś czasie włazi i on na taras. Zegar stop. 9 godzin, no chyba niezły czas jak dla nowicjuszy Dolomitów. Gdyby nie te AFy ;(. Zmęczeni, spragnieni i głodni schodzimy tą samą drogą co poprzednio.

Na drugi dzień przy słabym parciu i możliwym załamaniu pogody wsiadamy do auta i jedziemy w cieplejsze miejsce. Do Arco.

Tam po wylegiwaniu się na kampie. Jedziemy na fajny zacieniony rejon skałkowy La Gola gdzie robimy kilka dróżek na rozruszanie.

 

Po 19 startujemy dalej na Franken. Tam to już inna bajka więc się skupie tylko na suchych faktach:

 

 

Janusz

  • Diebesloch: Liebesspiele 7+ („RP – po latach”)
  • Rote Wand: John Lennon  8- (OS)
  • Rote Wand: Behalts fur Dich Ulle 8- (RP)

 

 

 

 

 

Andrzej

  • Diebesloch: Kleine Mary 7+ (OS)
  • Diebesloch: Liebesspiele 7+ (FL)
  • Diebesloch: Enterprise One 7 (FL)
  • Rote Wand: John Lennon  8- (“OS – po latach”)
  • Rote Wand: Knupper Ged.-Weg 7(“OS – po latach”)

Arek

  • Diebesloch: Enterprise One 7 (OS)
  • Diebesloch: Liebesspiele 7+ (PP)
  • Rote Wand:  In Liebe fur Gundi 7- (OS)

 

i Tomek

 

 

 

Reasumując wyjazd w 100% udany i to MY TAM JESZCZE WRÓCIMY !

Arkadiusz Kowalski
Dodaj komentarz